Kuba Goliniewski o pierwszych zawodach, pierwszej pralce i pierwszym sezonie.

Przeczytaj także pierwszą część wywiadu: Triathlon jak narkotyk

 

Z Jakubem Goliniewskim, triathlonistą, zawodnikiem Kolarski.eu Team, zwycięzcą cyklu zawodów Volvo Triathlon Series 2014 na dystansie ¼ IM o pierwszych triathlonowych treningach i startach rozmawia Michał Grzybowski.

Jak wyglądały pierwsze dni w Szkole Mistrzostwa Sportowego?

Rozpoczęcie nauki w SMSie wiązało się z przeprowadzką do internatu, której po cichu się obawiałem. Pierwsze chwile, jak zawsze w nowym miejscu, były na swój sposób trudne. Trafiłem w zupełnie nowe środowisko, otoczony przez zawodników, uczniów, nauczycieli i trenerów, których nie znałem. Moje początkowe obawy okazały się jednak niesłuszne. Szybko się zaklimatyzowałem i przez kolejne 3 lata przeżyłem wiele pięknych chwil, otoczony przez wspaniałych ludzi.

Ilu z nich zajmowało się triathlonem? Miałeś z kim trenować?

Oczywiście! Gdy przychodziłem do SMS-u nasza grupa liczyła 7 osób. W ciągu kolejnych lat następowały różne roszady, ale zazwyczaj było to maksymalnie 10 osób.  

Ilu jeszcze trenuje?

Z początkowej siódemki trenują dalej trzy osoby.

Kiedy miałeś swój pierwszy start?

Moim pierwszym startem w triathlonie był sprint we włoskim miasteczku Fumane. Dokładnej daty nie pamiętam, ale było to na początku maja 2010 roku.

Miałes zatem cały rok szkolny aby sie do nich przygotować…

Tak, to prawda. Teoretycznie wiedziałem, co mnie czeka. Wiele elementów technicznych, takich jak zmiany w boksie (boks to potoczna nazwa strefy zmian, w której zawodnicy przygotowują się do kolejnej dyscypliny – przyp. red.) ćwiczyłem przez cały rok. Jeśli chodzi o sam trening dyscyplin to w pierwszym roku był on dla mnie dość ciężki, nigdy wcześniej nie robiłem takich objętości.

Objętości?

Mam na myśli kilometraż. Najbardziej odczułem to na basenie. W moim starym klubie w Częstochowie przepływałem na jednym treningu w porywach do 3 km. W SMSie treningi po 6 km były codziennością, a to że trenowaliśmy pływanie 6 razy w tygodniu tylko utrudniało sprawę. Na rowerze bardzo cierpiałem na obozach. Jeździliśmy dużo i szybko, a ja nigdy wcześniej nie trenowałem kolarstwa. W zasadzie można powiedzieć, że tylko biegowo byłem przygotowany na trenowanie w SMSie.

Często wyjeżdzaliście na obozy?

Bardzo często. W pierwszym roku byliśmy na trzech zagranicznych obozach, w trzech różnych państwach. W kolejnych latach jeździliśmy głównie do Chorwacji, gdzie nasz klub miał wynajęty apartament na kilka miesięcy. Turnusy trwały zazwyczaj po trzy tygodnie, potem powrót na tydzień lub dwa do domu, aby nadgonić szkołę, a potem z powrotem na obóz.

młodykuba

Kuba (pierwszy od prawej) prowadzi grupę podaczas obozu w Chorwacji w 2010 r. fot. www.goliniewski.pl

Jak wyglądał dzień na takim obozie?

Był bardzo rutynowy, a cały nacisk był nałożony na ciężką pracę. Często trenowaliśmy po trzy, czasem cztery razy dziennie. W wolnym czasie (nie byłogo za wiele) głównie spaliśmy lub jedliśmy.

I z pierwszymi dniami wiosny przyszedł czas na sprawdzian. Dużo pamiętasz z pierwszego startu?

Pamiętam wszystko! To było bardzo duże przeżycie! Tamte zawody były o tyle oryginalne, że pływaliśmy na basenie, po kilkanaście osób na torach, po czym wychodziliśmy z basenu i biegliśmy do strefy zmian.

Pływaliście w kółko na basenie?

Nie. Były założone normalne tory i pływaliśmy w tą i z powrotem. Była to prawdziwa rzeź, a słynna “pralka” (mianem “pralki” określa się moment startu części pływackiej –  duża liczba zawodników rozpędza się na stosunkowo niewielkim obszarze co powoduje wielki chaos – przyp. red.) była dużo większa niż na jakichkolwiek innych zawodach.

fumane

Część pływacka zawodów w Fumane fot. www.goliniewski.pl

Trudno to sobie nawet wyobraźić.

Na szczęście pozostałe dwie dyscypliny były już rozgrywane w tradycyjny sposób. Trasa kolarska była poprowadzona przez dużą górę, na którą wjechanie sprawiło mi spore problemy. Na zjeździe wiele osób mnie wyprzedziło. Nie czułem się jeszcze tak pewnie na rowerze. Na prostych, płaskich odcinkach to głównie ja rozprowadzałem peleton, ale dużo traciłem na odcinkach technicznych. A ostatni etap, pięć kilometrów biegu ciągneło mi się w nieskończoność. W rezultacie zająłem wtedy czwarte miejsce w swojej kategorii.

A pierwszy raz w strefie zmian?

Ten element wiele razy ćwiczyliśmy na treningach, więc byłem na to przygotowany i poszło mi dość dobrze (jak na pierwszy raz).

Po tych zawodach Twój apetyt urósł?

Muszę przyznać, że bardzo spodobała mi się taka formuła zawodów i z niecierpliwością wyczekiwałem kolejnego startu.

Dużo startowaliście? Czy to jest w ogóle ważne w triathlonie, żeby na początku startować wiele i zbierać doświadczenie z zawodów?

W pierwszym roku startowaliśmy bardzo dużo, głównie na supersprintach (600 metrów pływania, 15 km na rowerze i 3 km biegu), a każdy ze startów przyniósł mi dużo doświadczenia. Z pewnością najwięcej nauczyć się można na zawodach, ale trzeba pamiętać, że każdy start jest też bardzo wyczerpujący, więc swój plan startowy powinno się ułożyć tak, aby był w nim miejsce na starty, regenerację jak i trening.

Które zawody z okresu startów w SMSie zapamiętałeś?

Każdy start jest inny i z każdym  z nich wiążę przeróżne wspomnienia, ale najbardziej w pamięci pozostał mi chyba start we Frydmanie, gdzie na niecały miesiąc przed głównym startem sezonu, miałem dość poważny wypadek kolarski, który zakończył się podróżą w karetce do szpitala.  Najmilej wspominam wszystkie te zawody, na których udało mi się wywalczyć medale Mistrzostw Polski.

cdn.

Przeczytaj także pierwszą część wywiadu: Triathlon jak narkotyk